Ale wątek osobisty jest mało ważny, ważniejsze jest to, jak ja widziałem ten świat. A to było tak, że pojechałem do Warszawy po wizy. I z jakimiś strasznymi kolejkami, wystawaniem po nocy, zajmowaniem miejsc, zdobyłem potrzebne wizy. Raz sobie czekając, poszedłem na film pod tytułem „Nosferatu Wampir” [Wernera] Herzoga. I to było o tyle ważne, że zobaczyłem ten film, i powiedziałem sobie – Boże, piękne! Tylko jak i skąd ten Herzog wziął pieniądze na taką dekorację? Na taką Holandię?? Po czym, krótko później, wyjechałem ze znajomymi mojego przyjaciela. On mi załatwił, że mnie zabiorą takim sportowym samochodem – jechali do Amsterdamu. To była Amerykanka i Holender. Pamiętam, że siadłem na tylnym siedzeniu i przespałem całe NRD. Obudziłem się w RFN-ie. Ale mało jechaliśmy przez miasteczka, więc jeszcze tak strasznie się nie dziwiłem. Ale jak wjechaliśmy już do Holandii i wylądowaliśmy w Amsterdamie, to zobaczyłem, że ten Herzog niczego nie musiał wymyślać, że to wszystko tak wygląda i ten świat naprawdę taki jest [jak w filmie]. Szok był nieprawdopodobny.