Akurat trzynastego grudnia wracałem z Warszawy. Mieliśmy jakąś nasiadówę o sprawach organizacyjnych, to już przesilenie bydgoskie było. Wtedy myśleliśmy, że wprowadzą stan wojenny. Byliśmy na to przygotowani. Był ze mną dyrektor techniczny „zetpsiudów”, Kukliński nazywał się. To była zima, śnieg, kierowca mówi – Józef, patrz, cholera, wojsko czy coś? Jasiu mówi – Coś tu chyba źle pachnie. – Nie, wypluj te słowa! Spodziewaliśmy się, że na Boże Narodzenie zrobią, albo przed świętami. Nie dopuszczałem nawet myśli, że to akurat teraz. Przyjechaliśmy do Gostynia, zmęczony tą podróżą byłem, żona mi zrobiła kolację. Żona była chyba wtedy w trzecim czy czwartym miesiącu ciąży. Było wpół do dwunastej, dzwonek do drzwi. Taka późna godzina, przeważnie zawsze otwierałem.
I pytam – Kto? – Panie Sobieraj, proszę otworzyć, milicja. Ja mówię – O co chodzi? – Chcemy porozmawiać. Mówię
– Panowie, jest sobota, jutro niedziela, jak przyjdę z kościoła, to będziemy rozmawiać, zapraszam. – Panie Sobieraj, niech pan otworzy, bo wywalimy drzwi! Uuu – mówię – to jak bandyci napadają, to wywalajcie diabli, ja wam nie otworzę! Poszedłem, usiadłem z powrotem i główkuję, co tu jest grane, kurczę? – Zwijają wszystkich? Rzeczywiście, za chwilę hałas, żona się obudziła, mówię – Spokojnie Marylka, nic się nie martw. Ale co takie drzwi przecie w bloku, huknęło trzy razy, wyłamali i wleciało dwóch, jeden został przy drzwiach. Taki w moro, starszy sierżant, normalny milicjant macha mi tam nad głową jakimś papierkiem – Panie Sobieraj, tu mamy nakaz rewizji! – Panowie, zobaczcie, żona w ciąży – mówię – tu same książki, porozwalacie, to będziecie zbierać – mówię – bo kto to sprzątnie? – Proszę nam przekazać materiały związkowe. – Panowie, to jest prywatny dom, nie biuro. Związkowe? Ja tu nie mam żadnych materiałów. Kupiłem go ostatnim numerem „Tygodnika Solidarność”. Wziął, ale odstąpił od rewizji. – Proszę pana, mamy – nie powiedział też, że zatrzymuje mnie – mamy coś do porozmawiania, bo pańscy koledzy narozrabiali i musimy tę sprawę wyjaśnić. Ja mówię – Nie słyszałem, żeby komitet powiatowy wyleciał w powietrze, a co by tu mieli narozrabiać, żeby taka pilna sprawa, że w nocy wy mnie chcecie... Ubrałem buty, portfel wsadziłem do kieszeni, było trochę pieniędzy. Do żony mówię – Nie martw się, śpij, parę godzin i przyjdę. Schodzimy na dół, trzeci stoi tam – Panie Sobieraj, w razie ucieczki mamy rozkaz strzelać. – Panowie, ja nie mam powodów do ucieczki, nie jestem przestępcą, bandytą, żebym uciekał! Ale nic, do suki i na komendę zawieźli. Na komendzie oficer dyżurny robi rewizję osobistą – Proszę wyłożyć wszystko z kieszeni, pasek! Uuu, jak już pasek... Sznurówki od butów mi wyciągnął i zakiblował mnie do celi.
O aresztowaniu trzynastego grudnia opowiada Józef Sobieraj, Leszno.
Przywieźli nas do Ostrowa. Oczywiście, dwa szpalery z psami, psy ujadały. Na świetlicy nas zebrali, trwało rozdzielanie na cele. Znałem różne osoby, bo z Leszna, mimo że z nimi nie współpracowaliśmy. Matyjasa znałem, Handkego znałem. Cela 305. I otwiera ten strażnik (klawisz, jak to żeśmy na nich mówili), a tam staje na baczność facet jakiś. To był działacz związkowy z PGR-u Rusko, (późniejszy działacz „Solidarności” Rolniczej, krajowej sekcji rolnej). Ja mówię – Spocznij! – Myślałem, że już oprawcy przyszli mnie bić. – Nie, nas tu pakują do ciebie, żeby było weselej. Do tej celi nas dmuchnęli i tam przesiedzieliśmy ileś czasu. Boże Narodzenie właśnie w Ostrowie. Smutno było. Chlebem się połamaliśmy. Opowiadaliśmy sobie stare dzieje.
Żony przyjeżdżały na widzenia, to radio nam w częściach przywiozły. Tak że słuchaliśmy Wolnej Europy, te listy, które podawali internowanych z całego kraju. I przywoziły gazetki, żony przemycały zawsze coś. Była sala spotkań, a obok ubikacje, korytarza nie było, tylko tak wchodziło się. Między kabinami na dole była szczelina, tak że można było przepychać z jednej kabinki do drugiej te wszystkie materiały i w ten sposób one nam to przekazywały, a myśmy to już jakoś przemycali do celi. Radio szukali, taki kipisz zrobili, ZOMO i straż więzienna, pozrywali nam wszystko. Porobiliśmy krzyże ze styropianu, powycinaliśmy orły w koronach, napisy „Solidarność”. Wpadli jak barbarzyńcy, połamali, poniszczyli. Pozrywali wykładziny podłogowe, bo szukali właśnie radia, szukali tych biuletynów, ulotek. Biuletynów trochę wtedy zabrali, ale radia nie znaleźli. Ja oczywiście wiedziałem, gdzie ono jest. Było chowane w beczce „ppoż.” [przeciwpożarowej]. Było szczelnie owinięte w woreczek plastikowy, zawiązywane na maciupkiej nitce, wpuszczane do tej beczki. Byli wtajemniczeni dyżurni, którzy słuchali w nocy zagranicznych stacji, po spisaniu najświeższych informacji radio z powrotem było topione w beczce, która stała w korytarzu obok latryny. Ta beczka stała tak, nierzucająca się w oczy, a obok sprzęt „ppoż.”. Klawisze się wściekali, bo od czasu do czasu wpadły im
w ręce najświeższe wiadomości, które były spisane. Skąd oni to mają? Muszą mieć radio! Ale nie znaleźli.
Najciekawiej było, że musiał się stan zgadzać. A im się nigdy nie zgadzał, bo cele były pootwierane. Myśmy się przemieszczali, jak oni liczyli w jednej, to myśmy już szli do innej. Oddziały były zamknięte, ale cele były pootwierane. W Ostrowie mieliśmy zamykane. Jak byłem potem [listopad 1982] internowany w Wierzchowie Pomorskim, to tam też były cele zamykane. W Głogowie mogliśmy się przemieszczać z celi do celi, mogliśmy dyskutować, rozmawiać, śpiewać. I powstawały różne piosenki, przyśpiewka taka na przykład: „Milicjantem orać, a ubekiem włóczyć/ trzeba skurczybyków roboty nauczyć./ Nauczymy roboty ubeckiego ciula/ wtedy my na wolność, a oni do ula”. Takie przerywniki różne były.