Po Mirku [Słowińskim] ja byłem szefem kultury studenckiej w Poznaniu [1978 – 1980] i za czasów moich odbyła się ogromna impreza. To był – znowu obrzydliwa nazwa – VI Festiwal Kultury Studentów PRL. Poza brzydką nazwą reszta była wspaniała, były fantastyczne zdarzenia, świetne premiery teatralne, fantastyczne wystawy we wszystkich galeriach. A wtedy w Poznaniu takich awangardowych galerii było kilka. Była najbardziej awangardowa „Akumulatory” prowadzona przez Jarka Kozłowskiego, która przeszła do historii sztuki w Polsce, to jest bezsprzeczny sukces. Ona była od początku do końca elementem kultury studenckiej i działalności SZSP, a przecież tam tuzy światowej sztuki się wystawiały. Była galeria „Wielka 19”, która tam też swój udział miała. Była galeria aktywności twórczej – „AT”. To wszystko, to były poważne koncepcje, które z tej działalności studenckiej w sposób niezauważalny przeszły w kulturę wysoką i stały się same w sobie firmami, które na rynku do dzisiaj się mogą bronić. Nie mówię już o teatrach, bo przecież cały czas w obszarze tego działania był Teatr Ósmego Dnia, Teatr Maja. Były dwie świetne pantomimy w Poznaniu. Dzisiaj nie ma ani jednej, a wtedy była pantomima Pawła Stopy i była „Modern Pan” Krzysztofa Gierszala.
To wszystko cały czas się napędzało – przecież wtedy w kulturze studenckiej funkcjonowały zespoły jazzu tradycyjnego, nawet jeden był pod patronatem klubu DNO. Tam grał na przykład Krzysiu Przybyłowicz na perkusji, to był Old Potatoes Boys, potem grupa Warsztat z Krzesimirem Dębskim, Krzysiem Przybyłowiczem, Zbyszkiem Wromblem i Waldkiem Świergielem. Potem była String Connection, która już poszła w obszary kultury europejskiej, bo przecież w tym czasie (lata 80.) Krzesimir Dębski był na równi traktowany z Jean-Luckiem Pontym i grali razem – byli wymieniani jednym tchem, jako najwybitniejsi skrzypkowie jazzowi. Orkiestra Ósmego Dnia i Jan A. P. Kaczmarek, który dzisiaj chodzi z Oscarem – to byli ludzie, z którymi współpracowaliśmy, z nimi jeździłem do Włoch na ich koncerty. Te występy były na najwyższym poziomie, to nie było to, że z prowincji przyjechały śmieszne grupy i się prezentują.
Rozwinęła się w sposób niebywały młoda sztuka plastyczna. Przy okazji wszystkich imprez plakaty robili ludzie, którzy dzisiaj są elementami polskiej historii sztuki, bo to – począwszy od [Waldemara] Świerzego, który dla kultury studenckiej robił, [Jana Jaromira] Aleksiuna, Jerzego Czerniawskiego, Juliusza Dziamskiego, Andrzeja Pągowskiego. Napęd tego wszystkiego był prawdziwy i on nigdy, nigdy nawet nie zahaczał o jakiś koniunkturalizm. To nie była gra o to, żeby przysłużyć się systemowi, bo za pieniądze systemu się to robiło. To była po prostu walka o możliwość kreacji, budowania nowych wartości, realizacji fantastycznych talentów wielu ludzi.
To, co kultura studencka pod tym złym sztandarem osiągnęła, myślę, że w pełni ją usprawiedliwia. Usprawiedliwia jej obecność i to, że dzisiaj tamte nazwiska można w kontekście realizowanej najlepszej sztuki wymieniać i wskazywać na ich sukcesy – to jest przecież powód wyłącznie do chwały. A jeżeli takie perły w tym chlewie samorodnie powstawały, to tym większa chwała tych, którzy do tego się przyczynili i którzy to robili, bo to samo by się nie stworzyło. Szkoda, że... [śmiech] nie mogliśmy dłużej pracować.