Jak nastał 1968, myśmy jako klerycy byli bardzo pilnowani. Nie można było tak ot: sobie wyjść, trzeba było mieć zgodę prefekta seminarium. Ale potrafiliśmy sobie zorganizować wyjścia. Coś kręciliśmy: do dentysty szedłem czy gdziekolwiek indziej. W kilku zaopatrzyliśmy się w kredki świecowe i chodziliśmy: jeden obstawiał, drugi malował. Było ileś tam lat „wielkiego października”. Dopisywaliśmy na plakatach: Nu i chwatit! [ros. No i starczy!] Następnie: „Lenin w październiku” – dopisywaliśmy: „koty w marcu”. Myślę, że 1968 to był dla mojego pokolenia taki moment, kiedy myśmy sobie uświadomili, że coś da się zrobić. Ale nie w głowie nam było obalanie komunizmu. Mało tego! Dla nas, chłopaków ze wsi – wielu z nas na pewno wiedziało, co to głód – to tamten system miał pewne plusy. To był czas naszego społecznego awansu, ale dość szybko zrozumieliśmy, że za ten awans się płaci.
O Mar cu 1968 roku w seminarium w Lublinie opowiada o.Wacław Oszajca.
Zaraz w 1981 zaczęliśmy tworzyć duszpasterstwo na politechnice, bo byłem kapelanem NZS-u politechniki. No i wybuchły strajki akademickie. Każda uczelnia miała swojego kapelana. Ja kapelanowałem na Politechnice Lubelskiej i na UMCS-ie: w Instytucie Psychologii i Pedagogiki i co najfajniejsze – w Międzywydziałowym Instytucie Nauk Politycznych, bo się okazało, że przyszli lektorzy partyjni chcą koniecznie też mieć kapelana. Było to dobrze zorganizowane. Bazę miałem na politechnice, natomiast na pedagogikę chodziłem odprawiać msze. Chodziłem do tego instytutu na UMCS-ie i odprawiałem na biurku profesora Cackowskiego [filozofa marksistowskiego] – takie humorystyczne nieomal zdarzenie, ironia losu i historii. Później Cackowski na ten temat mówił coś nieprzyjaznego, ale po latach złagodniał w swoich ocenach tego wydarzenia.
Miałem stały dyżur w „zakrystii”, czyli dawnym POP-ie, podstawowej organizacji partyjnej. To jest młodzież – cała sprawa polegała na nieustannym gadaniu. Ludzie się załamywali. Strajk był zamknięty, więc trzeba im było towarzyszyć od strony psychicznej. Były spowiedzi, nieraz po latach przerwy, zwłaszcza, jeżeli chodzi o profesorów. Proszono mnie też na wiece czy na narady komitetu strajkowego. Z tym, że pilnowałem się zawsze, żeby nie wyjść z roli i nie próbować decydować, a raczej tonować rozmowę. Naturalnie, młodzi parli do przodu, chcieli eskalować strajk, natomiast wysłannicy z zarządu Regionu i profesorowie – wiedzieliśmy, że musimy strajk zakończyć. Pamiętam bardzo dramatyczny wiec, kiedy zapadała decyzja – kończyć, czy nie kończyć strajk. I jak zakończyć, żeby ludzie nie odeszli z poczuciem klęski?
O strajkach studenckich 1981 roku opowiada o. Wacław Oszajca.
Przyszedłem na plebanię, a tam już było jak w ulu. Zarząd Regionu mieścił się dwie ulice dalej przy Królewskiej, a ponieważ ksiądz Mieczysław Brzozowski był kapelanem Regionu, ja byłem kapelanem NZS-u, więc naturalną rzeczą jest, że ludzie zaczęli do nas przychodzić. Pamiętam, przyszła profesor KUL-u – świeć Panie nad jej duszą! – ja zwlokłem się, nieprzytomny po całej nocy i przed nią siedzę. I naraz słyszę, że ona mówi, że Jaruzelskiego Duch Święty natchnął. Więc ja mówię – Zaraz, zaraz pani profesor! Kto? Co? – Duch! – Jaki? Mówi – Święty. Mówię – Pani profesor, czy to był duch? Że święty to na pewno nie, a że to jest zwykły skurwysyn, to ja wiem. Opowiadam o tych historiach, bo to pokazuje, jak od samego początku sprawy nie były wcale ani oczywiste, ani proste, ani jasne.
Okazało się, że mam strych zawalony jakimiś powielaczami. Przenieśli z Regionu. Jolka Kozłowska szaleje. Późniejszy konsul nasz w Kolonii, wtedy w duszpasterstwie ojca Ludwika Wiśniewskiego i córka Kozłowskiego [Jan Kozłowski, opozycjonista; jeden z pierwszych chłopskich współpracowników KOR-u; w sfingowanym procesie w 1979 skazany na dwa lata więzienia; żądanie jego uwolnienia znalazło się wśród 21 postulatów strajkowych w Gdańsku], więc opozycjonistka na cztery łapy. De facto to ona prowadziła potem ten nasz komitet. I mam kupę płaczących bab z całego Lublina, bo tego wzięli, tamtego wzięli i kogoś jeszcze wzięli. Na dodatek obudził się duch w kombatantach, no i pamiętam jak dziś: przyszło pięć czy sześć pań już w takim bardzo dojrzałym wieku, w panterkach, w pasach skórzanych, w zielonych spódnicach, biuścik do góry, jakieś furażerki… Stanęły na baczność i meldują się do dyspozycji. Myślałem, że zginę ze śmiechu! Przychodzi następny facet i mówi, że ma cały plan, jak tu zdezorganizować pracę ubecji. Trzeba wysadzić słupy wysokiego napięcia. On już ma cały zespół harcerzy i będą wysadzać. Mówię – A pan to kim będzie? – Ja będę dowódcą. I wszystko byłoby dobrze, gdyby to nie był kompletnie ślepy człowiek. Były takie obrazki, a z drugiej strony – godzina policyjna, strach. Nie wiadomo, co się dzieje w zakładach pracy, wpadają ludzie, już trzeba ukrywać ich.
O wybuchu stanu wojennego opowiada o. Wacław Oszajca.